poniedziałek, 2 września 2019

Italia. Garda




”A teraz zamknijcie oczy i przenieście się w najspokojniejsze, najpiękniejsze miejsce w jakim byłyście lub jakie możecie sobie wyobrazić...”- słowa joginki wprowadzającej nas w stan głębokiej medytacji natychmiast przywiodły mi na myśl obrazy zachodzącego słońca nad jeziorem Garda w północnych Włoszech. Spokój, piękno, majestat i mistyka tego miejsca sprawiły, ze jak nigdzie indziej na świecie poczułam się jak w domu samego Boga.
A początkowo zmierzaliśmy w zupełnie inne miejsce. Jadąc jednak nadbrzeżna aleją co pare milisekund migały nam między domkami, ogrodami i drzewami krótkie jak ucięte kadry filmu obrazy karmazynowej, gładkiej tafli jeziora na której skrzyły się srebrne cekiny słonecznych refleksów. Samotna bordowa sylwetka kajakarza, nieruchoma wśród bezkresnego lustra jeziora unaoczniła nam jego wielkość i potęgę.
W oddali która zdawała się wiecznością woda przeistaczają się w piętrzące się nad nią purpurowe masywy górskie które okalały ja i otulały niczym wełniany szal.



Głównym aktorem tego ostatecznego sprzymierzeńca dnia z nocą było Słońce, które nasycone widokiem bezkresnego piękna jeziora znikało za nieboskłonem prosto w puchowe chmurne pierzyny dryfujące nad jego taflą. Wszystko dookoła, każdy trzcinowy listek, każda wierzbowa witka, każda para owadzich skrzydełek i nawet najmniejsza z rodzeństwa kaczuszek zastygło w niemym zachwycie i obserwowało ten boski spektakl jako kwintesencje piękna i dobra. Ludzie wypoczywający w te letnie miesiące u brzegów przedwiecznej Gardy siedzieli w milczeniu i dali się całkowicie pochłonąć powolnej wędrówce Słońca ku swemu nieuniknionemu posłaniu. Z ociąganiem kierowało się ono ku mgłom horyzontu jakby odwlekając moment ostatecznego pożegnania ze swoją siostrą Gardą. Rysował wiec jej na niebie najczulsze różowe pożegnania i fiołkowe wyznania miłości zapewniając o swoim rychłym powrocie. Kiedy jednak ognista tarcza zniknęła ostatecznie za horyzontem aby dopełnić swych gwiaździstych obowiązków w innej części galaktyki wszyscy, którzy zastygli nad brzegiem jeziora zaczęli się powoli otrząsać się z tego odurzenia pięknem.
Na nowo dało się słyszeć równomierne chlipanie fal o nadbrzeżne okrągłe kamyczki, mamę kaczkę nawołująca swoje sześcioraczki, drewniany pomost skrzypiący na spotkanie z grzywą fali, dzieci, które apostołem wsiadają na swoje rowerki biegowe i starszych, którzy wstają z rozkładanych leżaków i przeciągają się niczym południowe koty.
Wszystko powoli wraca do swego naturalnego rytmu. W oddali zapalają się girlandy światełek rozpiętych nad nadbrzeżnymi restauracyjkach, słychać pierwsze rytmy skocznej muzyki i wesoły śmiech dzieci których ogorzałe policzki i świecące oczy okalały pasma rozwianych przez wiatr kosmyków.
A niektórzy z widzów tego wiecznego pożegnania stoją nadal nad brzegiem odkładając moment zrobienia pierwszego kroku w swoją stronę aby ten sen trwał nadal i aby zabrać go ze sobą gdziekolwiek się skierują. Zabiorą ze sobą ta fotografie odbita na kliszy samej duszy z pewnością ze ona nigdy się nie zestarzeje, wyblaknie, pożółknie i przywoływać ja będą jako najcenniejszy prezent kiedykolwiek ofiarowany im przez życie.  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz